poniedziałek, 22 sierpnia 2011

suprajs




Ok, czyli wakacje powoli się kończą (suprajs!), zbliża się kolejny wspaniały rok edukowania się z takich przedmiotów jak fizyka, biologia ale również angielski i historia.
To, dla pseries, oznacza nic innego jak ostatni rok nauki w szkole średniej. Da, pseries będzie w tym roku zdawać maturirę, i jest niepomiernie, aż do tzw wk*rwu zdenerwowana. No, w sumie to może nie aż tak, ale zaprawdę powiadam Wam: ten rok, to będzie największy zapieprz w moim życiu. Już tłumaczę.

piątek, 13 maja 2011

Pierdutnijmy światem



Tak więc weekend, dla mnie bardzo długi ze względu na matury, powoli się kończy. Oczywiście ze względu na brak czasu nie przeczytałam lektury na fakultet. Ale jako superhero (mam ostatnio tzw fazę na Ligę Sprawiedliwych. Tak, zamieniam się w nerda - deal with it) przeczytam to. Dam se radę jak to mawiają. Albo polegnę z 2 z polskiego.



czwartek, 31 marca 2011

czego nie lubimy we współczesnej fantastyce...




Tym co mnie ostatnimi czasy denerwuje niepomiernie w fantasy jest wpierniczanie wszędzie wampirów i wilkołaków. No bo litości, nie mam ochoty na książkę o didżejce wilkołaczce, która pewnie na dodatek zakochuje się w wampirze i przez następny dwieście stron będzie przeżywać razem z nią te wszystkie męki, zupełnie jakby znowu czytała "Cierpienia młodego Wertera".
Wybaczcie, kiedyś tandetnym było wpychanie wszędzie elfów i krasnoludów, a teraz mnoży się i mnoży romansów wilkołaczo-wampir... Nie zrozumcie mnie źle, jak ktoś lubi takie książki to proszę ja bardzo, ja sama niedawno jedną wygrałam, więc zapewne przeczytam, ale nie można w nieskończoność jechać na popularności "Zmierzchu" na który, przepraszam fanów najmocniej, ale jestem uczulona.

niedziela, 27 marca 2011

nie zdajemy sobie sprawy

Pierniczenie cały czas o filmach byłoby nadzwyczaj nudne, więc chyba odpuszczę Wam relację z gali rozdania Oscarów, której NIE OBEJRZAŁAM na żywo GDYŻ byłam chora i kolejny dzień out of school czy jak to się mówi, mógłby się zwyczajnie źle skończyć. Ale Globy były na żywo. A Oscary obejrzałam, bo nagrałam. I mnie nic nie obchodzi, że niby Social Network powinno być wielkim wygranym. Wiecie, ja tam nie oceniam filmów przed obejrzeniem, ale czasem, powtarzam CZASEM, moja małe fanowskie serduszki mówi: pieprzy* czego nie robisz, pomyśl, że tam gra Colin. Proszę mnie brać za szaloną fankę, ale jednak co jakiś czas o Colinie usłyszycie (kiedyś byłby to Johnny Depp, ale musiał ustąpić i zając drugie miejsce) i musicie mnie z tym małym dziwactwem zaakceptować :D
I moje fanowskie serduszko robiło "Hurrrrrraaa" gdy dowiedziało się, kto wygrał. Aczkolwiek było tego pewne na 99,99%, więc aż takiej strasznej radości nie było ;P

piątek, 25 lutego 2011

i niech moc będzie z wami




Jest taki moment w życiu człowieka, a nawet wiele momentów, kiedy się wzrusza i sam dokładnie nie wie dlaczego. Nie chodzi mi o wzruszanie się na ckliwych filmach o miłości, acz i na tych oczywiście się zdarza. Mam raczej na myśli chwile, kiedy się wzrusza chociaż nikt inny nie widzi ku temu powodu.

wtorek, 25 stycznia 2011

Alicjowo nieskładoniowo i bardzo Colinowo

Od lewej: Alice Hargeaves (Liddell), Leopold Jerzy Duncan Albert książę Albany, Jerzy VI Windsor


Wytwór mój, caps



 Również mój, caps

czwartek, 20 stycznia 2011

Jedziemy na wycieczkę

 by Ian Britton

Obserwowanie ludzi jest bardzo zabawne. Zawsze dostrzeże się coś nowego. A najzabawniejsze jest już w autobusie. Patrzysz, jak siedzą sobie ludzie i bezkarnie gapią się w widoki za oknem.

Ostatnio zobaczyłam pana. Pan owy niemal idealnie wpisuje się w moją wizję niespełnionego muzyka country rodem z Tennessee. Wpatrywałam się w pana dyskretnie, snując najprzeróżniejsze historie na temat tego, dlaczego, tak jak ja, jedzie sobie spokojnie do pobliskiego miasta. Sprawiło mi to, nie powiem dużo radochy


Oczywiście wszystkie moje scenariusze tego pana dotyczące pozostawały w sferze możliwych. Teraz do mnie dotarło, jakże ciekawe by było, gdybym dorobiła jakąś ciekawą historyjkę z gatunku fantasy znaczy tego co Tygryski lubią najbardziej, lub zaiste bardziej w duchu fejsbuka - "lubią to".

Bo skąd mam wiedzieć, że owy pan nie był na ten przykład przybyszem z przeszłości, który jest zafascynowany Polską dawną znaczy Polską teraźniejszą - czyli naszą. Może na podstawie badań archeologicznych stwierdzono, że wszyscy ubieraliśmy się w iście tennessee'owskim stylu i Pan stwierdził, że nie będzie się w ten sposób rzucać w oczy. Jestem prawie pewna, że musiałby wtedy nauczać historii (oczywiście przez stale unowocześnianą sieć czy może nawet w jeszcze inny superfuturystyczny sposób).

Wyobrażacie sobie, kurna, przybysza z przyszłości podróżującego naszymi autobusami. Siedzieć taki musi na rozwalającym się fotelu i teraz mamy dwie alternatywy:
  • siedzi skołowany, że co to, kurde, jest za puszka na czterech kółkach, że oni jeszcze w ogóle kół używali i Boże/bogowie (kto wie, czy cały świat na wielobóstwo nie nie przestawił) wypuśćcie mnie stąd
  • ale, kurde, czad! To oni jeszcze jeździli puszkami na kółkach, normalnie odjazd, ciekawe jaki jeszcze relikt z przeszłości zobaczę! Może tu jeszcze na pociągi czekają! A może, ach, może nawet oni jeszcze używają tych śmiesznych rozkładanych komputerków? Ale, kurna, CZAD!
A może po prostu facet przyjechał z Krakowa do ciotki. To też jest bardzo prawdopodobne.

środa, 19 stycznia 2011

Pisanie pisaniu nierówne


Śmiesznie. I to bardzo. Całe życie, no, może całe życie od kiedy zaczęłam cokolwiek pisać, potocznie "tworzyć", nigdy nie szło mi pisanie ciągłe w komputerze. Wszystkie co ważniejsze pomysły, właściwie cały mój dorobek znajduje się w dwóch zeszytach, może trzech. Za każdym razem, kiedy starałam się zacząć coś pisać w komputerku, białe tło mnie odrzucało i jakoś literki nie mogły się pozbierać do kupy. To bardzo stresujące, tym bardziej, jeśli kiedyś chce się napisać coś na serio. Przez "na serio" rozumiem "napisać bestseller, który będą kochać następne pokolenia". Dajcie spokój - nigdy o tym nie marzyliście? Napisać książkę, o której będą mówić na uniwersytetach. Napisać książkę, na podstawie której będą tworzyć fanfiki. Napisać książkę, która wejdzie do kanonu. Która zyska fanów na miarę fanów Władcy Pierścieni czy Gwiezdnych Wojen. Nigdy?

Bo widzicie ja tak. I jeśli chcę to kiedyś osiągnąć, muszę zebrać dupę w troki, siąść do komputerka i pisać.

Istnieje jeszcze inna alternatywa. Inna, znaczy kupić gruby zeszyt i w nim pisać. I to wczoraj zrobiłam. Kupiłam i realizuję się, tworząc  mój zbiór opowiadań, powiązanych, że tak powiem "formułą". Nie sądzę, żebym sprawdziła się w formie w jakiej to piszę. Rozumiecie, takie pseudointelektualne, pseudogroteskowe, pseudożyciowe.

Macie sposób na pisanie? Siadacie z kubkiem herbatki (nie wierzcie reklamie Liptona, kubeczki wcale nie natchną Was do napisania czegoś fajnego tak jak to pokazują. Ale "kij z tym", ważne, że ja mam ten z Nowym Jorkiem, to się liczy), włączacie milusią muzyczkę i tworzycie? Tak łatwo Wam to przychodzi. A może czekacie na nagły przypływ weny? Taki kopniak w środku nocy, w trakcie obiadu, starsi może w trakcji prokreacji? Pytam z ciekawości.

Gdzie piszecie? W domu, w swoim pokoju, w salonie, w łazience, w kawiarni, w ogródku, na huśtawce, w parku, w autobusie?

Na czym? Na komputerze, na papierze, na serwetkach, na glinianych tabliczkach?

Długopisem, ołówkiem, piórem, flamastrem?

Macie ulubione piosenki?

Chyba przerzucę się na pisanie scenariuszy.

Adieu

wtorek, 18 stycznia 2011

Spotkajmy się w Los Angeles



Konieczność wstawania w nocy jest denerwująca. Rozumiecie, nastawianie budzika, walczenie z pierniczonym Piaskowym Dziadkiem przez pierwsze dziesięć minut. A jak już się obudzisz, to nie ma bata - nie zaśniesz drugi raz, sprawa stracona.
Dlatego jest tylko kilka rzeczy dla których mogę się tak poświęcić. Fajna wycieczka z fajnymi ludźmi i w fajne miejsce LUB Oscary, Złote Globy, EMMY i BAFTY.
W tym roku zdarzył się cud pod tytułem ferie. Cud ten umożliwił mi obejrzenie Złotych Globów na żywo, po bożemu i tylko szkoda, że po angielsku.

Budzik nastawiony na drugą w nocy, nagrywarka w gotowości, ot na wszelki wypadek. Piaskowy Dziadek pokonany, telewizor włączony, na wielkiej sali, pełnej aktorów, reżyserów, scenografów, pojawia się ten drań, komik, którego uwielbiam chociaż nawet nie zrozumiałam połowy z tego co powiedział. Proszę państwa, tegoroczną galę rozdania Złotych Globów poprowadzi Ricky Gervais, który nie będzie oszczędzał innych.

Kategorie następują jedna po drugiej, a ja przyglądam się z ciekawością aktorom. Temu jak zachowują się miedzy sobą, temu jak reagują na nominacje. Zwyczajnie chcę zobaczyć jak zachowują się ludzie, których widzę w kinie, telewizji, to chyba normalne. Obserwuję jak jedni zapinają marynarki kiedy wchodzą na scenę, inni nie - taka głupota, a jednak zwraca moją uwagę. Patrzę czy są zdystansowani do siebie czy nie. Czy żartują, czy płaczą przy otrzymywaniu nagrody.

Moimi ulubionymi "wręczającymi" w tym roku było R. Downey Jr i jego krótka rozprawka pt. "Kiedy można stwierdzić, że aktorka jest naprawdę dobra" oraz Kaley Cuoco i jej szczera radość (która i tak nie mogła się równać z moją), kiedy nagrodę dostał Jim Parsons. Potem piszczałam w poduszkę, kiedy nagrodę otrzymali Laura Linney i Paul Giamatti, a kiedy Colin Firth wszedł na scenę, patrzyłam zachwycona w ekran, pomstując wszystkim, którzy wcześniej z nim wygrywali.

Zastanawiałam się, czym jest ta gala. Tak naprawdę. Czy owacje na stojąco dla Michael'a Douglas'a były szczerze czy wyreżyserowane? Myślę, że były prawdziwe. Tak bardzo nam się wydaje, że teraz wszystko w Hollywood jest pod publiczkę, że już chyba nie dopuszczamy, a przynajmniej czasami ja, możliwości że coś może być tam prawdziwe.

Może chodzi o pokazania kiecek od znanych projektantów? Może o pokazanie się? A może o zwyczajną chęć dobrej zabawy? Czy jest to coś kiczowatego? Chyba trochę tak. Chyba trochę na wyrost i chyba trochę z przesadą, ale z drugiej strony, czy gdyby było słodziutko, kameralnie i bez blichtru to czy byłoby to to samo Hollywood, które znamy i - nie oszukujmy się - kochamy.


Brawo Colin, brawo Paul (wybacz Johnny, twoja chwila sławy trwa i trwa, tym razem moje serducho było za moją drugą gwiazdą), brawo Laura, brawo Jim (Alec Baldwin teraz se może).

Adieu