Konieczność wstawania w nocy jest denerwująca. Rozumiecie, nastawianie budzika, walczenie z pierniczonym Piaskowym Dziadkiem przez pierwsze dziesięć minut. A jak już się obudzisz, to nie ma bata - nie zaśniesz drugi raz, sprawa stracona.
Dlatego jest tylko kilka rzeczy dla których mogę się tak poświęcić. Fajna wycieczka z fajnymi ludźmi i w fajne miejsce LUB Oscary, Złote Globy, EMMY i BAFTY.
W tym roku zdarzył się cud pod tytułem ferie. Cud ten umożliwił mi obejrzenie Złotych Globów na żywo, po bożemu i tylko szkoda, że po angielsku.
Budzik nastawiony na drugą w nocy, nagrywarka w gotowości, ot na wszelki wypadek. Piaskowy Dziadek pokonany, telewizor włączony, na wielkiej sali, pełnej aktorów, reżyserów, scenografów, pojawia się ten drań, komik, którego uwielbiam chociaż nawet nie zrozumiałam połowy z tego co powiedział. Proszę państwa, tegoroczną galę rozdania Złotych Globów poprowadzi Ricky Gervais, który nie będzie oszczędzał innych.
Kategorie następują jedna po drugiej, a ja przyglądam się z ciekawością aktorom. Temu jak zachowują się miedzy sobą, temu jak reagują na nominacje. Zwyczajnie chcę zobaczyć jak zachowują się ludzie, których widzę w kinie, telewizji, to chyba normalne. Obserwuję jak jedni zapinają marynarki kiedy wchodzą na scenę, inni nie - taka głupota, a jednak zwraca moją uwagę. Patrzę czy są zdystansowani do siebie czy nie. Czy żartują, czy płaczą przy otrzymywaniu nagrody.
Moimi ulubionymi "wręczającymi" w tym roku było R. Downey Jr i jego krótka rozprawka pt. "Kiedy można stwierdzić, że aktorka jest naprawdę dobra" oraz Kaley Cuoco i jej szczera radość (która i tak nie mogła się równać z moją), kiedy nagrodę dostał Jim Parsons. Potem piszczałam w poduszkę, kiedy nagrodę otrzymali Laura Linney i Paul Giamatti, a kiedy Colin Firth wszedł na scenę, patrzyłam zachwycona w ekran, pomstując wszystkim, którzy wcześniej z nim wygrywali.
Zastanawiałam się, czym jest ta gala. Tak naprawdę. Czy owacje na stojąco dla Michael'a Douglas'a były szczerze czy wyreżyserowane? Myślę, że były prawdziwe. Tak bardzo nam się wydaje, że teraz wszystko w Hollywood jest pod publiczkę, że już chyba nie dopuszczamy, a przynajmniej czasami ja, możliwości że coś może być tam prawdziwe.
Może chodzi o pokazania kiecek od znanych projektantów? Może o pokazanie się? A może o zwyczajną chęć dobrej zabawy? Czy jest to coś kiczowatego? Chyba trochę tak. Chyba trochę na wyrost i chyba trochę z przesadą, ale z drugiej strony, czy gdyby było słodziutko, kameralnie i bez blichtru to czy byłoby to to samo Hollywood, które znamy i - nie oszukujmy się - kochamy.
Brawo Colin, brawo Paul (wybacz Johnny, twoja chwila sławy trwa i trwa, tym razem moje serducho było za moją drugą gwiazdą), brawo Laura, brawo Jim (Alec Baldwin teraz se może).
Adieu

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz