Nie zaczynajcie życia studenckiego bardzo intensywnie. Uczcie się. Bo kiedy nagle okaże się, że wszelkie imprezowo-kulturalne wydarzenia się kończą, pogrążycie się w PUSTCE. Nagle nie macie co robić, nie macie planów na najbliższy pierdyliard tygodni i nie musicie wracać w środku nocy. Możecie się uczyć, ale już nie pamiętacie jak to się robi. Nagle sobie uświadamiacie, że czas coś zrobić ze swoim życiem, ale nie wiecie, kurna belek, co.
W takim oto radosnym punkcie znalazłam się ja i wydaje mi się, że u normalnego studenta pojawia się to później, pewnie gdzieś w okolicach trzeciego roku. Ale od czegoś cza zacząć, nie?
