W ciągu tych ferii uświadomiłam sobie parę bardzo ważnych, chociaż przyznaję, wolałabym, żeby część z nich dalej pozostała przeze mnie nieodkryta.
Po pierwsze - za dwa miesiące matura. Matura = stres, ale porzućmy stres, bo z nim każdy da sobie radę. Martwi mnie trochę, chociaż nie bardzo, fakt, że ostatecznie zakończy się ten okres w moim życiu, kiedy będę wstawać przykładnie rano, zgarniać kanapeczki zrobione przez Mamę i zapierdzielać na autobusik pełen ludzi, których - nie owijajmy w bawełnę - w większości nie lubię. Skończy się ten uroczy typowo uczniowski okres w moim krótkim jeszcze życiu - i jest to, powiadam Wam - smutne. Co prawda poniekąd wyzwalające, ale w dalszym ciągu... Nie mam ochoty znowu przeżywać okresu aklimatyzacji, teraz to już nawet nie tyle w nowej społeczności ile w nowym mieście. Oczywiście jestem już w takim wieku, że perspektywa "Cześć, nazywam się XYZ" nie jest już taka straszna, a perspektywa spotkania ludzi o podobnych zainteresowaniach jest teraz jeszcze bardziej milej widziana niż kiedyś. A jednak.
