Tym co mnie ostatnimi czasy denerwuje niepomiernie w fantasy jest wpierniczanie wszędzie wampirów i wilkołaków. No bo litości, nie mam ochoty na książkę o didżejce wilkołaczce, która pewnie na dodatek zakochuje się w wampirze i przez następny dwieście stron będzie przeżywać razem z nią te wszystkie męki, zupełnie jakby znowu czytała "Cierpienia młodego Wertera".
Wybaczcie, kiedyś tandetnym było wpychanie wszędzie elfów i krasnoludów, a teraz mnoży się i mnoży romansów wilkołaczo-wampir... Nie zrozumcie mnie źle, jak ktoś lubi takie książki to proszę ja bardzo, ja sama niedawno jedną wygrałam, więc zapewne przeczytam, ale nie można w nieskończoność jechać na popularności "Zmierzchu" na który, przepraszam fanów najmocniej, ale jestem uczulona.
