środa, 24 września 2014

And may the odds be ever in your favor.



You’ve got about as much charm as a dead slug.




Lubię Igrzyska Śmierci. Podobały mi się książki, podobają mi się filmy. Pamiętam, że kiedy byłam w kinie na pierwszej części wybitnie wbiła mnie w fotel idea tego, że takie dzieciaki mogą się nawzajem zabijać w czymś takim.
Tymczasem zapomniałam, że co pół roku mam swoje własne hunger games. Co roku wraz z setkami studentów wstaję rano, żeby podjąć kurewską próbę zarejestrowania się na przedmioty, fakultety, przedmioty, seminaria, proseminaria, loty kosmiczne, testy szczepionki na raka. A to wszystko na USOSie. To wygląda bardzo podobnie jak u Collins. Kilka dni wcześniej wymyślamy strategię. Jeden komputer albo trzy, F5 albo odśwież, najpierw seminarium - reszta potem. Potem wstajemy godzinę przed rejestracją, żeby jej przypadkiem nie przespać. A potem kuźwa, kiedy Katiniss wyjeżdża windą arene, usos się zawiesza, a Katniss dostaje pierdolca w windzie. Wszyscy panikują i odświeżają jeszcze bardziej przeciążając serwer. Bo ktos sobie inteligentnie wymyślił, że wszystkie rejestracje będą tego samego dnia o tej samej godzinie. Good for you, motherfucker. I bet you're having fun right now.  Na kilka sekund przed rozpoczęciem serwery ruszają, trybuci wjeżdżają na arenę i rzucają się, żeby kliknąć mały zielony koszyczek. I już po wszystkim. Bo miejsca poszły w ciągu trzech sekund. Szczęśliwi idą dalej spać, a reszta dzwoni do sekretariatów, albo uskutecznia handel wymienny. Przedmiot za przedmiot, przedmiot za piwo, przedmiot ze seks, wszystko jedno.
Od dawna wiadomo, ze polski system edukacji jest poroniony. Ale żeby zaraz hunger games? No proszę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz