Od: ciocia Wiki. Mroczny obiekt oryginalnego uczucia zwanego pożądaniem - Conversy
Ostatnimi czasy w Pewnej Gazecie znalazłam list od pani X, który był odpowiedzią na artykuł w jeszcze wcześniejszym wydaniu Pewnej Gazety <ciekawe ile z Was czyta tą gazetę, chyba że tylko ja, [zauważcie, że automatycznie wyklucza to wszystkie ambitne Gazety typu NG etc]hehe>. Żeby nie przytaczać dosłownie, to powiem, że dotyczyło to, nazwijmy to, oryginalność. Tego, jak to niby wszyscy chcemy być oryginalni i robimy "oryginalne" rzeczy i przez to wszyscy jesteśmy tacy sami. Prawda, możliwe, ale naprawdę dotknęło mnie, że silącą są na oryginalność czynią mnie np conversy albo iPhone czy inne "i"-coś.
Dotknęło mnie to, bo mam conversy - bo są to, kurna, dobre buty, zwyczajnie, a ja lubię trampki. Jak ktoś lubi trampki to chciałby mieć też conversy. Ktoś ma iPhona bo to dobry telefon, a nie dlatego, że chce być oryginalny. Mam wrażenie, że teraz kiedy jest taka wielka nagonka na oryginalność (chciałam napisać "oryginalizm", grunt to dwa lata humanistycznego fakultetu :D ) to zaczynamy ją dostrzegać tam, gdzie jej nie ma. Tam, gdzie człowiek kupuje coś, bo mu się podoba, albo jest zwyczajnie dobre jakościowo, a nie dlatego, żeby być Super Original.
Dotknęło mnie to, bo mam conversy - bo są to, kurna, dobre buty, zwyczajnie, a ja lubię trampki. Jak ktoś lubi trampki to chciałby mieć też conversy. Ktoś ma iPhona bo to dobry telefon, a nie dlatego, że chce być oryginalny. Mam wrażenie, że teraz kiedy jest taka wielka nagonka na oryginalność (chciałam napisać "oryginalizm", grunt to dwa lata humanistycznego fakultetu :D ) to zaczynamy ją dostrzegać tam, gdzie jej nie ma. Tam, gdzie człowiek kupuje coś, bo mu się podoba, albo jest zwyczajnie dobre jakościowo, a nie dlatego, żeby być Super Original.
Może pora przestać szukać czegoś tam, gdzie tego nie ma i zwyczajnie sobie odpuścić. Znowu. Jak zwykle. Pierdolić mój mizerny procent idealisty. Można tu przeklinać? Czy nie bardzo?
&
Wpadam powoli w przedstudencką depresję. To znaczy jest fajnie i spoko, dopóki sobie nie uświadomię, że oto właśnie się przeprowadzam i zaczynam studia. Jest to oczywiście z jednej strony ekscytujące, ale z drugiej strony też przerażające. Rozumiecie, chodzi o to, że dzieciństwo kończy się nie wraz z osiemnastymi urodzinami, ale z rozpoczęciem studiów. Przynajmniej dla mnie. Ale w sumie to też nie chodzi tu o to, że mam przestać oglądać bajeczki i takie tam <wczoraj oglądałam drugą część Króla Lwa, którą też uwielbiam i która też ma świetny OST, a przede mną Liga Młodych, jeeeeeej>. Chodzi o taką wiecie... Konieczność radzenia sobie "on your own". Jest to oczywiście fajne, ale też bardzo przygnębiające w okresie jesiennym. Czy ta depresja minie rozstrzygnie się prawdopodobnie dopiero po pierwszym miesiącu aklimatyzacji, tak więc trzymajcie tzw kciuki, cross your fingers (ja wiem, będzie trudno i to i to, ale wiecie, różnice kulturowe, ale warto dmuchać na zimne) etc etc.
&
Czas na KĄCIK SERIALOWY, WOHOOOO! W którym opowiem o nowym serialu, który oglądam oraz o tym, który już oglądam długo (wybór przypadkowy, żebyście nie pomyśleli, że oglądam tylko dwa seriale, pfff).
Zacznijmy od jakże obrazoburczego The New Normal. Jest to opowieść o parze uroczych, trochę szablonowych (przynajmniej w przypadku Bryan'a) homoseksualistów, którzy postanawiają, że chcą mieć dziecko. I tak poznają niejaką Goldie, która jest na etapie podejmowania ważnych życiowych decyzji - i postanawia zostać surogatką i urodzić im dzidziusia.
Ale tutaj oddział NBC w Utah - KSL-TV (pozdrowienia od Mormonów) twierdzi, że nie będzie transmitować tego serialu, bo homoseksualizm jest zbyt podkreślany (wow, w serialu gdzie główni bohaterowie to geje? no co wy) i wulgarny język etc etc. Cóż o gustach się nie dyskutuje, nie chcą to nie, jedno Utah wiosny nie czyni (o ile tak było tylko w Utah...).
O samej produkcji powiem tak - nie jest chyba aż tak zabawna, jak pierwszy sezon The Big Bang Theory (odmawiam stosowania polskiego tytułu). Owszem, jest momentami śmieszna, ale nie tak, żeby zaraz boki zrywać. Moim skromnym i nic nie znaczącym zdaniem, ten serial jest dużo bardziej heartwarming* . Jest to takie małe remedium na otaczającą nas nie tylko homofobię, ale też czasami brutalność innych ludzi. Taka właśnie się tworząca mała rodzina, nie posiadająca więzów krwi** - zwyczajna grupa ludzi, którzy postanawiają sobie nawzajem pomóc i przy okazji stworzyć coś nierozerwalnego. Nie żeby rola Ellen Barkin jako krwiożerczej babci nie była świetna. Co prawda może ta heartwarmingowatość serialu sprawi, że nie utrzyma się długo ALBO przeciwnicy homoseksualizmu się na gwałt odezwą - ale osobiście oglądam to z przyjemnością.
Serialem, który już oglądam i oglądam (i ponieważ chcę zostać w dwudziestominutowym i komediowym temacie) jest New Girl ze znaną, specyficzną i underrated Zooey trudnezanwisko-Deschanel. Serial o tytułowej New Girl czyt Jess, która szuka nowego mieszkania, bo chłopak ją zdradził. I tak wprowadza się do trzech... mężczyn*** - Schmidta, Nick'a i Trenera (tylko w pierwszym odcinku, ze względów konraktowych i innozobowiązaniowych znika Damon Wayans Jr i pojawia się Lamorne Morris jako Winston).
Nie wspomnę o zwiastunie pierwszego odcinka, który jest idealnym streszczeniem tegoż i możemy praktycznie nie oglądać, bo to co najlepsze zobaczyliśmy w tym zwiastunie. Bo jest to nonsens i wcale a wcale się nie wydarzyło.
Jak to w przypadku seriali komediowych bywa, trzeba być bardzo, ale to bardzo ostrożnym. Trzeba się postarać, żeby żarty były śmieszne, a postaci nie wypadły mało realistycznie. Oczywiście możemy też pójść w drugą stronę - gdzie bohaterowie właśnie są mało realistyczni i wokół tego budować fabuło pełną nonsensowności i gagów. W końcu to komedia. Wydaje mi się jednak, że, chociaż osobiście lubię New Girl, serial z odcinka na odcinek staje się mniej... Śmieszny. Nie mniej ciekawy, mniej śmieszny. Prawdopodobnie i tak jak ktoś zaczął, to będzie go oglądać dalej (chociażby dla Max'a Greenfield'a jako Schmidta), ale nie będzie to już to samo co na początku. Szeroki uśmiech będzie się stawać coraz mniejszy, coraz mniejszy, aż skończymy na wydawaniu dziwnego odgłosu, który w założeniu miał być śmiechem. Nie mówię, że cały czas tak jest, każdy ma przebłyski, ale bez przesady. Bo to jest chyba fatum komedii. Że zawsze idzie ku gorszemu. Zresztą może nie tylko komedii, ale też całej reszty serialowej rodziny. Gdzie nawet moje ukochane The X Files z czasem straciło. Cóż. Serial to trudna kochanka.
Podrzucone przez BFF. I fajnee
Billy Joel - c. d.
* - nie wiem czy to się piszę z pauzą czy bez...
**- to tak się mówi, prawda?

Och, jak ja to kocham, jak co i raz docierają do nas informacje, że w którychś stanach (właśnie najczęściej pada na Utah, Idaho, Colorado - te środkowe, najbardziej konserwatywne) czegoś zabraniają, bo to jest zbyt demoralizujące. Co to ma być, demokratyczny kraj od początku swego istnienia, a ludzie mają nie mieć wolnego dostępu do dóbr kulturalnych, bo władza je cenzuruje? Paranoja.
OdpowiedzUsuń