czwartek, 31 marca 2011

czego nie lubimy we współczesnej fantastyce...




Tym co mnie ostatnimi czasy denerwuje niepomiernie w fantasy jest wpierniczanie wszędzie wampirów i wilkołaków. No bo litości, nie mam ochoty na książkę o didżejce wilkołaczce, która pewnie na dodatek zakochuje się w wampirze i przez następny dwieście stron będzie przeżywać razem z nią te wszystkie męki, zupełnie jakby znowu czytała "Cierpienia młodego Wertera".
Wybaczcie, kiedyś tandetnym było wpychanie wszędzie elfów i krasnoludów, a teraz mnoży się i mnoży romansów wilkołaczo-wampir... Nie zrozumcie mnie źle, jak ktoś lubi takie książki to proszę ja bardzo, ja sama niedawno jedną wygrałam, więc zapewne przeczytam, ale nie można w nieskończoność jechać na popularności "Zmierzchu" na który, przepraszam fanów najmocniej, ale jestem uczulona.


Wolałabym już zgraję Legolasów latających po lasku z kołczanem i mieczem. Zapewne po pewnym czasie stwierdziłabym, że takie szacowne mitologiczne stworzenie stały się tandetnym elementem popkultury - i to jest bardzo możliwe.
Ale wszystko zniosę dopóki, nie będzie mi się wciskać tego w uroczej otoczce romansu, wszechkurdeczasów.
Jako stara pisarka, która nie wydała ani jednego dzieła i żadnego nie skończyła, która przeszła przez prawie wszystkie możliwe gatunki, przeglądam swoje przyszłe epickie dzieła [wizja młodych gotowych do zawojowania świata, nie mogę się wyróżniać, prawda?] i tak myślę [proces myślowy w toku], że nigdy nie umieściłam tam żadnego wątku miłosnego, który wysuwałby się na pierwszy plan. Chyba, że ktoś lubi wątki miłosne na pierwszym planie - wtedy przepraszam.

Dodatkowo powiem Wam jednak, że czasami książki doświadczonych pisarzy mogą sprawić zawód. Bo chociaż "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley, którą to książkę właśnie czytam i która bardzo mi się podoba, to jej "Dom światów" jakkolwiek wielce sympatyczny do połowy w pewnym momencie robi się nudny. Gdy wszystko zbliżało się ku końcowi, tak strasznie liczyłam na jakiś niespodziewany zwrot akcji, ALE NIE. Bo po co. Nie, najlepiej niczym nas nie zaskoczyć. Dodatkowo zakończenie jest albo kiepskie, jak dla mnie, warsztatowo, albo moja wersja ebooczkowa jest lekko spaczona, mam nadzieję, że to drugie.

Więc chyba chwilowo zrobię sobie przerwę od mojego ukochanej fantastyki i poczytam kryminały. Albo coś na wskroś romantycznego, gdzie jednak nie ma istot, które lubią sobie  "żłopnąć" czasami trochę zdrowej i pożywnej krwi. Czyli stara Austen dobra na wszystko.

4 komentarze:

  1. Cóż, trzeba by pewnie zacząć od tego, że te współczesne wilkołaki i wampiry niewiele mają wspólnego ze swoimi kulturowymi przodkami, są wypudrowane, uczesane i wyperfumowane. Po prostu grzeczne i nijakie, nawet jeśli autorka (albo mi się zdaje, albo to właśnie panie gustują w pisaniu tego typu prozy) zapewnia czytelnika na każdej stronie, że to najmroczniejsze istoty pod słońcem. Lub też pod księżycem.

    Tak sobie myślę, że osobiście chętnie przeczytałabym coś o wampirach czy wilkołakach, ale pełnokrwistych. Sprzed ery Rice, powiedzmy. I wtedy mógłby to być nawet romans, bo przeciw dobrze skonstruowanym romansem niczego nie mam ;)

    Wtórność w fantasy to inny problem, choć chyba właśnie nie tyle problem konkretnych motywów, co nieumiejętnego ich przetwarzania, a potem bezmyślnego powielania. No i wybierania tego co łatwe, klecenia z półproduktów. Nie wiem tylko, czy w kryminale znajdziesz ukojenie, pseries droga, bo zdaje się, że nimi z kolei zawładnął jakiś czas temu Chandler, na którym teraz wielu - zbyt wielu - twórców się wzoruje.

    Za to Austen (i to jeszcze "Mansfield Park", ach!) rzeczywiście jest dobra na wszystko ;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, ta cała popularność Zmierzchów stała się już męcząca. Na początku mnie to denerwowało. Ale teraz to już nawet nie mam siły się wkurzać. Pani Meyer miała dobry pomysł, bo wskrzesiła coś, na co moda dawno umarła i zrobiła na tym wielką kasę. Ale ile można jechać na czyimś sukcesie?

    Dani California

    OdpowiedzUsuń
  3. O to, to, to! Czujemy przesyt rasy wampirzej, za dużych kłów i ludzi, którzy nie mogą przeglądać się w lustrach (choć od tradycyjnego ujęcia i tak twórcy odeszli). Nawet Pilipiuk, mimo że jego książka jest parodią tych trendów, wkurzył mnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli nowe nurty zawodzą, trzeba do starych wracać. Jak nie zrażają Cie czarno białe filmy i interesuję Cie fantasy w klimatach obyczajowych to polecam: Harvey
    Rewelacyjna pozycja.

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń